Papier, nożyczki i klej – to atrybuty trochę już zapomnianej i mniej popularnej w dzisiejszych czasach techniki artystycznej, jaką jest kolaż. Kto w dzisiejszych czasach się nim zajmuje i jak wyglądają kulisy pracy z “wycinankami”? W ramach cyklu “Powrót do kolażu” rozmawiamy z Jagodą Stączek.

 

Jagoda Stączek. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Zajmuje się ilustracją prasową, kolażem, plakatem, rysunkiem, grafiką, książką dla dzieci oraz działaniami warsztatowymi i fotografią analogową. Współpracuje m.in. z magazynem Zwierciadło, Fika czy Zwykłe Życie. Miłośniczka gór i podróży ze starym aparatem analogowym.

Facebook artystki: link. Strona artystki: link

 

Stryjova: Jagodo, od czego zaczęła się Twoja przygoda z tworzeniem kolaży?

Jagoda Stączek: Myślę, że wszystko zaczęło się od Wisławy Szymborskiej i jej poetyckich kolaży. To był pierwszy impuls i wrażenie, że to może być świetna zabawa. Na początku chodziło tylko o to. Wszystkie prace zostawały w domu, aż do momentu, gdy jeden z profesorów krakowskiej ASP powiedział: Chcę zobaczyć to, co robicie tylko dla siebie, wasze zabawy sztuką, to czego nie przynosicie na uczelnię w ramach projektów, tylko waszą prywatną ekspresję. No i wtedy pierwszy raz pokazałam komuś swoje kolaże.

Pamiętasz artystów, którymi się zachwyciłaś na początku swojej drogi?

Nigdy nie inspirowałam się jako tako innymi twórcami kolażu, a raczej ogółem moich doświadczeń związanych ze sztuką, klasycznym malarstwem i grafiką. Np. jeden z moich kolaży pt. Chrząszcze to nawiązanie do pracy Fridy Kahlo i bardzo się cieszę, kiedy zostaje to rozpoznane. Cenię klimat renesansowych portretów – ich dziwność i tajemniczość. Lubię przełamać ten ciężki klimat jakimś ukrytym żarcikiem lub podtekstem.

Co Cię inspiruje? Filmy, muzyka, książki?

Muzyka na pewno jest niezbędna, wprowadza w pewien twórczy trans, a więc pewnie podświadomie wpływa też na ostateczny zarys pracy. Tak samo książki czy filmy, kształtując wrażliwość, ale znów nie umiem podać bezpośredniej inspiracji. To, co na mnie działa najbardziej, to szorstki, stary papier, zielniki, dawne ilustrowane magazyny o modzie. Reklamy z lat 60. – z tak bardzo uśmiechniętymi ludźmi, że aż chce się zrobić im jakiegoś psikusa!

Skąd pochodzą materiały, z których powstają Twoje prace?

Mam parę tajemnych źródeł, dużo podróżuję i zawsze przywożę kilogramy staroci z podejrzanych sklepików w bocznej alejce, niedzielnych giełd staroci, lokalnych antykwariatów. Mam egzemplarze z Nowej Zelandii, Islandii i ciągle szukam nowych. Mieszkam też w bardzo starym mieszkaniu po cioci, która gromadziła stare zeszyty i czasopisma. To miejsce to zarówno inspiracja sama w sobie, jak i magazyn na nowe zdobycze. Wszystkie moje kolaże powstają ręcznie (nie licząc plakatów, gdzie konieczna jest ingerencja komputera), a więc każdy wycięty kawałek posiadam fizycznie i musi pasować skalą do reszty układanki, wciąż zachowując treść. Z tego powodu mam sporo nagromadzonych materiałów.

Co jest dla Ciebie najważniejsze przy tworzeniu kolażu?

Chyba ta ukryta treść, podtekst, nie zależy mi tylko na estetyce. Zresztą one powstają często w szale, szybko, emocjonalnie, a więc trudno mówić tu o precyzji chirurga. Jest impuls i muszę to mieć. Drugą rzeczą, bardziej praktyczną, jest przestrzeń. Tworzę na podłodze, bo nie znalazłam jeszcze odpowiednio dużego stołu.

Zdradź nam, nad czym aktualnie pracujesz?

Pracuję nad czymś z reżyserką teatralną Martyną Majewską i już nie mogę doczekać się publikacji. Będzie to książeczka z warsztatami, ilustrowana moimi kolażami, więcej na razie nie zdradzę 🙂

Źródło kolaży: link