YMER. Mieszkaniec Wrocławia. Niegdyś streetartowiec, dzisiaj kaligraf. Posłuchajmy opowieści o bobrach i literach.


Instagram: Link. Facebook: Link.


POLIKARP: Ymer, bratku! Jak mija dzionek?

YMER: Na czilu ziomeczku (śmiech).

Opowiedz o początkach swojej przygody z kreskami, kształtami i kolorami?

Od kiedy pamiętam, zawsze interesowałem się twórczością plastyczną. Wszystko zaczęło się jeszcze w przedszkolu, kiedy to podczas zajęć z kolorowania starałem się nie wyjeżdżać za kontur i wczuwałem się w rysowanie kartek urodzinowo-świątecznych dla rodziny (śmiech). W późniejszych czasach szkolnych, wraz z kilkoma kumplami z klasy, rozpoczynając przygodę z kulturą hip-hopową, zacząłem interesować się sztuką graffiti a później street artem. Zawsze starałem się, aby moje twory były wykonane najlepiej, jak tylko w danym momencie potrafiłem. Jestem strasznym perfekcjonistą i swoim największym krytykiem. Gdy we wcześniejszych czasach biegałem po mieście z wiaderkiem zaprawy klejowej, szpachelką i bobrami namalowanymi na kafelkach za pomocą ręcznie wycinanych szablonów, starałem się wybierać wyjątkowe miejsca, aby tworzyły jedność z otaczającą je przestrzenią.

Dlaczego bóbr?

Bóbr zrodził się w momencie, kiedy zajawka na graffiti przerodziła się w uskutecznianie twórczości streetartowej. W kulturze writerów każdy artysta posiadał swój podpis, swojego taga. Ja, inspirując się pracami Birds Crew, Obey’a czy D*Face’a, chciałem umieszczać w miejskiej galerii swój charakterystyczny i niepowtarzalny znak/logo. Po kilku wieczorach spędzonych ze szkicownikiem pośród kilku innych pomysłów narodził się różowy bóbr.

Zależało mi na prostej formie, grubej, komiksowej kresce, mocnym kolorze oraz pozytywnym przesłaniu. Wlepki przede wszystkim wykonywałem własnoręcznie przy użyciu szablonów (co umożliwiało mi powtarzalność motywu), farb w sprayu, kolorowych folii samoprzylepnych, markerów, kredek oraz wszystkiego, dzięki czemu mogłem uzyskać zadowalający mnie efekt. Często przy produkcji wykorzystywałem większość z tych technik naraz, a czas pracy wydłużał się do kilku godzin spędzonych w niedużym, wypełnionym oparami farby pokoju. Ale czego się nie robi dla pasji.

Jaką rolę w Twoim rozwoju odegrało graffiti?

Można rzec, że wczesno-szkolne zainteresowanie zarówno sztuką graffiti oraz rysunkiem i malarstwem mocno odbiło się na moim dalszym życiu zawodowym i przyczyniło do fascynacji grafiką komputerową, kaligrafią i wszelaką zabawą z literami. Uruchomiło we mnie pokłady kreatywności, by móc przedstawiać je na swój sposób w różnych formach i konfiguracjach, mimo że mają z góry określoną formę. Gdy graffiti przeobraziło się w street art i przyklejanie m. in. vlakatów i wlepek, postanowiłem tworzyć projekty w programach graficznych. Dało mi to możliwość powielania jednego projektu w kilku miejscach i dotarcia z nim do szerszego grona odbiorców, gdyż często szkoda mi było, gdy jedyna w swoim rodzaju, ręcznie tworzona grafika znikała z przestrzeni miejskiej po kilku dniach w niewyjaśnionych okolicznościach. Dzięki temu, naturalną koleją rzeczy zostałem zawodowym grafikiem komputerowym.

Jak doszło do tego, że zacząłeś się zajmować kaligrafią?

Pamiątkowe zdjęcia wlepek, plakatów, szablonów czy właśnie kafelek również musiały być dopracowane pod każdym względem. Zdjęcia następnie publikowałem w serwisach społecznościowych, zajmujących się promowaniem szeroko pojętej sztuki. Na jednym z takich portali trafiłem na prace znanego, polskiego kaligrafa o pseudonimie artystycznym Theos One. Zadziwiało mnie to, jak ręcznie za pomocą tuszu i stalówki można tworzyć litery, słowa, tak jak robi się to na komputerze za pomocą klawiatury. Lecz w przeciwieństwie do standardowych, wcześniej zaprojektowanych, komputerowych fontów, kaligrafia daje możliwość swobodnej interpretacji liter i finezyjnego łączenia ich w jedną całość. Tak to się zaczęło: zacząłem kaligrafować.

Elementów których ze stylów kaligraficznych możemy doszukać się w Twoim liternictwie?

Na początku przygody z kaligrafią interesowałem się stylem gotyckim w różnych jego odmianach. Jest on moim ulubionym, gdyż ze względu na swoją ozdobną formę, daje najwięcej swobody i można go interpretować na swój własny, unikalny sposób. Stosunkowo od niedawna ćwiczę brush script. Jest to styl bardziej ekspresyjny i wyrażany za pomocą szybkich ruchów dłonią, w przeciwieństwie do gotyku, gdzie liczy się spokój i cierpliwość średniowiecznych mnichów. W kilku pracach można odnaleźć również italikę czy copperplate, lecz nie wciągnęły mnie one tak bardzo, by używać ich na tyle często, jak tych wspomnianych wcześniej.

Nie myślałeś, by powrócić na ulicę i ponownie uderzyć w street art?

Często o tym myślę, by połączyć dwie największe zajawki i wplatać twórczość kaligraficzną w krajobraz miasta. Efektem tych rozważań była niedawna wyprawa do podwrocławskich pustostanów z wiaderkami farby i pędzlami. Możliwość przekazania swojej wizji na dużym formacie daje więcej przyjemności z pisania oraz większą satysfakcję po skończeniu pracy. W planach mam powrót do wlepek, może również vlakatów, lecz tym razem będą to projekty kaligraficzne, tworzone klasycznie tuszem na papierze, później obrabiane graficznie w programie, a następnie drukowane w większych nakładach.

Podpowiedz niewtajemniczonym, czym pisać takie piękne rzeczy?

Do kaligrafii gotyckiej używam obsadek lub piór z płaską stalówką o różnej szerokości. Pisanie piórem jest o tyle dobre, że nie trzeba go co kilka liter maczać w tuszu, dzięki czemu można oddać się samej przyjemności tworzenia. Brush script powstaje przy użyciu pisaka pędzelkowego (brush pen). W jego przypadku grubość linii zależna jest od siły nacisku pióra na papier. Na początku jest to trudne do opanowania, ale w momencie, gdy zaczną się pojawiać pierwsze zadowalające efekty, ciężko się oderwać od zapełniania kartki kolejnymi słowami.

Dzięki wielkie za rozmowę!

Ależ proszę! Moje uszanowanko!