Filmowcy często w swojej twórczości „pożyczają” różnorakie dzieła, nadając im nowych kształtów i znaczeń. W cyklu „Inspired by” opowiadamy o chwilach, w których malarstwo spotyka się z filmem.

Obraz: Norman Rockwell „Wolność od lęku”
Film: Steven Spielberg „Imperium słońca”

W „Wolności od lęku” rodzice układają dzieci do snu. Wokół łózka leżą porozrzucane lalki, dorośli patrzą ze spokojem na śpiące pociechy. Krzepiąca scenka rodzajowa? Nic bardziej mylnego. Nie przez przypadek Steven Spielberg, podsumowując twórczość Rockwella, stwierdził, iż w jego jednym obrazie uchwyconych jest więcej historii, niż czasem reżyser jest w stanie umieścić w całym filmie. Studiując szczegóły pierwszej strony gazety trzymanej przez ojca rodziny, zauważymy, że teoretycznie pierwszoplanowa sielanka to tylko krucha iluzja. Nagłówek na papierze mówi wprost —  na świecie dzieje się straszliwy horror.

Norman Rockwell „Wolność od lęku”
Kadr z filmu Stevena Spielberga „Imperium słońca”

Obraz ilustratora to zresztą pryzmat, przez który możemy spróbować spojrzeć na całość filmu 3-krotnego laureata Oscara. W „Imperium słońca” zestawiono bowiem podobnie funkcjonujące skrajności, gdzie napędzany niewinnością dziecięcy świat musi nagle zmierzyć się z wojenną zawieruchą. Japoński obóz jeniecki nie jest środowiskiem, gdzie optymizm z łatwością przebija się na pierwszy plan, co nie znaczy, że nie ma tam dla niego miejsca. Reprodukcja ilustracji Rockwella jest jednym z obrazków, jakie nastoletni Jim trzyma nad obozową pryczą. Przypięta obok ilustracji samolotów czy aut tworzy prowizoryczny kolaż mający dać chłopakowi przynajmniej ułudę czasów normalności i przywoływać ciepłe, kojące wspomnienia. Bo to właśnie one dają siłę do przetrwania nawet największego piekła.

Prywatnie Spielberg to ogromny wielbiciel twórczości Normana Rockwella – przez większość życia ilustratora i autora okładek w periodyku „The Saturday Evening Post”. Łatka malarza na zamówienie sprawiała, że malarska krytyka przez lata widziała w nim jedynie sprawnego odtwórcę i odmawiała uznania go za prawdziwego artystę. Dopiero z czasem zaczęto doceniać jego zmysł do portretowania zwyczajności, detali i amerykańskich marzeń, które – według reżysera – „potrafił malować lepiej niż ktokolwiek inny”