Kinematografia w najprostszej definicji to oczywiście „ruchome obrazy”, ale przenikanie się sztuki malarskiej i filmowej funkcjonuje nie tylko na tak prozaicznej płaszczyźnie.

Scenografowie pilnie wypełniając przestrzeń wokół aktorów i fabuły budują ich tło, często funkcjonujące na równi z bohaterami. Duża część malarskich dzieł w filmowych dekoracjach jest jedynie elementem podkreślającym styl otoczenia. Dodatkiem wpasowującym się w epokę bądź klimat. Niektóre jednak… no właśnie!

„TWÓJ VINCENT” – VINCENT VAN GOGH „DZIEŁA ZEBRANE”

Swego rodzaju patron całego tekstu. W przypadku wybornego filmu Doroty Kobieli i Hugh Welchmana obrazy są nie tylko sztywnym ozdobnikiem w scenograficznej układance. Ożywają i mówią do widza. Opisują historię i snują opowieść o życiu, twórczości i tragedii niderlandzkiego mistrza pędzla. Niezwykła forma artystyczna (każda(!) klatka filmu to faktycznie stworzony obraz), jak i przepastność wykorzystanych dzieł impresjonisty sprawiają, że wybór jednego, konkretnego dzieła na potrzeby tekstu jest po prostu niemożliwy. Theo Van Gogh w jednym z listów do brata napisał, iż „mogą mówić za nas tylko obrazy”, a te w „Twoim Vincencie” operują językiem, którego nie da się opisać nawet najbardziej wyszukanymi słowami.

SKYFALL”– AMADEO MODIGLIANI „KOBIETA Z WACHLARZEM”

To nie tajemnica, że filmowi scenarzyści czerpią inspirację z prawdziwego życia. Oryginalna „Kobieta z wachlarzem” przepadła w 2010 roku podczas zuchwałej kradzieży z paryskiego Muzeum Sztuk Pięknych. Media sugerowały, iż jej mocodawcy mają swoje korzenie w Chinach, toteż gdy James Bond za nitkami śledztwa podążył aż do Szanghaju, w apartamencie jednego z możnych tamtejszego półświatka możemy zauważyć właśnie utracone dzieło. Szkoda, że nie był to główny cel śledztwa brytyjskiego szpiega, bo chyba nikt z nas nie ma wątpliwości, że jedyną osobą na świecie, która bez większego wysiłku byłaby w stanie odzyskać cenny obraz, jest właśnie agent 007. To zresztą nie pierwsze takie mrugnięcie w stronę widza w bondowskim cyklu. Dokładnie 50 lat wcześniej na podobny „żart” zdobyto się już w pierwszej części przygód superagenta („Dr.No”). Gdy Bond trafia do kryjówki znamienitego członka przestępczej organizacji SPECTRE, natrafia tam na „Portret księcia Wellingtona” autorstwa Francisco Goyi, który rok wcześniej w rzeczywistości został skradziony z domu aukcyjnego w Nowym Jorku. Trudno powiedzieć, czy Agent Jej Królewskiej Mości maczał w tym palce, ale akurat ten obraz ostatecznie udało się odzyskać.

TITANIC” – PABLO PICASSO „PANNY Z AVIGNON”

Może i większość widzów z zawartego w „Titanicu” artystycznego pierwiastka zapamiętała wyłącznie szkicowany akt z udziałem Kate Winslet, ale zapewniam, że to nie jedyne malarskie nawiązanie w tym romansie wszechczasów. Mamy rok 1912, dopiero kilka lat wcześniej narodził się kubizm, a jego przodownik – Pablo Picasso – obracał się wtedy jeszcze wśród towarzystwa prostytutek i uliczników. Zatem gdy na początku tragicznej podróży z Southampton do Nowego Jorku, Rose rozmieszcza dzieła sztuki w swojej kajucie, nie wzbudzają one większego zachwytu. Na wspomnienie o ich autorze nie słychać przydomków określających jego wielkość i geniusz, bo za taki trudno uznać przedrostek „jakiś tam”.

Postać i dzieła malarza to oczywiście skłon w stronę Jacka, utalentowanego artysty bez grosza przy duszy, podążającego za swoimi nierealnymi marzeniami. Co ciekawe – spadkobiercy Picassa nie do końca wyrazili zgodę na wykorzystanie obrazu w filmie. Dlatego jeśli przyjrzymy się oryginałowi, rożni się on nieco od obrazu trzymanego przez Rose. Wszystkich zaniepokojonych losem „Panien z Avignon” pragnę uspokoić – oryginał nigdy nie był na pokładzie feralnego pływającego giganta i obecnie znajduje się bezpiecznie w Muzeum Sztuki Współczesnej – nomen omen – w Nowym Jorku.

„IRON MAN 3” – MARK ROTHKO „ORCHE AND RED ON RED”

Słynne dzieła sztuki w otoczeniu ekstrawaganckiego multimiliardera to więcej niż obowiązek. Obserwując rozrzutność największego z tych fikcyjnych – Tony’ego Starka, nie dziwi, że w jego posiadłości znalazł się obraz jednego z najbardziej rozchwytywanych powojennych ekspresyjnych abstrakcjonistów. Charakterystyczne symetryczne kształty nakreślone pędzlem Marka Rothko to bowiem obecnie jedne z najdrożej sprzedawanych dzieł sztuki współczesnej. Dlaczego akurat na ten obraz zdecydowali się scenografowie? Można oczywiście doszukiwać się ukrytych znaczeń i tez. Starać się rozwikłać idee inspirujące malarza i poszukać punktów wspólnych z bombastycznym filmem o zamaskowanym superbohaterze. A można też najzwyczajniej spojrzeć na dwa dominujące kolory w zbroi Iron Mana…

„INCEPCJA” – FRANCIS BACON „STUDIUM GŁOWY GEORGE’A DYERA”

Christopher Nolan może jeszcze nie uchodzi za reżysera na miarę Stanleya Kubricka, ale nie można mu odmówić jednej zbieżności z legendarnym reżyserem – dbałości o najmniejsze detale. Te również i w jego twórczości mają znaczenie, dzięki którym kinomani na całym świecie prześcigają się w reinterpretacjach jego dzieł. „Incepcja” swego czasu nieźle namieszała nam wszystkim w głowach, nie tylko ze względu na jeden z najgoręcej komentowanych finałów współczesnego kina. Tym razem nie będziemy rozważać czy bączek przewrócił się czy nie. Zapnijcie jednak pasy, bo szykuje się kawał poważnej rozkminki.

Jedną z początkowych scen filmu zdobi „Studium twarzy George’a Dyera” pędzla Francisa Bacona, lecz nie jest to tylko uzupełnienie postmodernistycznego entourage’u, stworzonego na potrzeby „sennej” misji. Jak przekonujemy się z treści filmu, Mal dla Cobba jest potężną inspiracją, ale też i największą zmorą. Reszta złodziejskiej ekipy, w obawie przed sabotowaniem wykonywanych przez nich zleceń, ma problem z akceptacją jej obecności. Spytacie: co to wszystko ma wspólnego z samym obrazem? Otóż jego autor bliźniaczą relację wykreował z tematem dzieła – niejakim George’m Dyerem. Ten przez lata funkcjonował jako artystyczna muza dla malarza, choć prywatnie był zwykłym rzezimieszkiem i uzależnionym od używek awanturnikiem. Ze względu na brak salonowego obycia, nigdy nie został zaakceptowany przez towarzystwo Bacona, które widziało w nim spore zagrożenie. To jednak nie koniec podobieństw. Bacon swojego przyjaciela i zarazem toksycznego kochanka na skutek ciągot do alkoholu i narkotyków – określał mianem osoby, która „nieraz przeszła granice życia i śmierci”.

W „Incepcji” obsesją Mal jest stąpanie między niuansami jawy i snu, badanie ich wzajemnych granic. W obu relacjach mamy też do czynienia z tragicznym końcem i próbą radzenia sobie z silnymi emocjami żałoby i straty. Dyer zmarł z przedawkowania, co miało ogromny wpływ na malarza. Po jego śmierci z twórczości Bacona zaczęło bić cierpienie i trud pogodzenia się z odejściem kochanka. Artysta jeszcze długo rozpamiętywał ból i chciał, aby choć w formie artystycznej inspiracji, Dyer pozostał z nim przez jakiś czas. W filmie Nolana Cobb, w swej nadszarpniętej podświadomości, również ma wyjątkowe miejsce, gdzie odgrywa wspomnienia z udziałem ukochanej Mal, by ocalić je przed zapomnieniem. W incepcyjnej rzeczywistości zatem to Cobb jest Baconem, a Mal – Dyerem. Ciekawe, prawda? Nie mniej interesujące wydaje się również swego rodzaju „story behind the story”. Bacon bowiem ponoć poznał Dyera i rozpoczął z nim trwającą dekadę znajomość, kiedy ten… rabował mu mieszkanie.

CZERWONY SMOK” – WILLIAM BLAKE „WIELKI CZERWONY SMOK I KOBIETA OTULONA SŁOŃCEM”

Obsesje to punkty wspólne nie tylko wielkich artystów, ale niestety również i najbardziej przerażających zbrodniarzy. Co gorsza, nie raz inspiracja sztuką stała za morderczymi działaniami i ideologiami. W przypadku „Czerwonego Smoka” to wręcz zaczyn całego fabularnego wątku, choć należy dodać, iż pierwotnie stało się to w powieści Thomasa Harrisa – autora książkowego pierwowzoru. Wystarczy jedno spojrzenie na niepokojący obraz XIX-wiecznego symbolisty Williama Blake’a, by i w tym przypadku nie mieć zbyt dobrych przeczuć. Szczególnie, gdy muskularny smok jest nie tylko zachętą do przywiązania większej wagi w pracy nad własnym ciałem. Blake malując serię dzieł z Czerwonym Smokiem w roli głównej, w rzeczywistości tworzył ilustracje do biblijnej Apokalipsy św. Jana.

Niestety zniszczenie napędza również motywację głównego bohatera filmu, bo widok emanującej siłą postaci wzbudza w nim mordercze alter ego. Będący pod wrażeniem niesamowitej energii i mocy uderzającej z dzieła Blake’a, „zmienia”(czyt. brutalnie zabija) swoje ofiary, prowadzony przeświadczeniem, że to zbliży go do stania się Czerwonym Smokiem. Umiłowanie do dzieła ma też swoje granice. W akcie desperacji, morderca konsumuje oryginalny obraz. Pewnego rodzaju głodu jednak nie da się tak łatwo nasycić…

LUDZKIE DZIECI” – PABLO PICASSO „GUERNICA”

Wnikając w interpretacyjne meandry wspaniałego obrazu Pablo Picassa, można dojść do wniosku, że w gruncie rzeczy „Guernica” jest „Ludzkimi dziećmi” w pigułce. Autorzy obu dzieł pochylają się bowiem nad tematem apokalipsy i światem utopionym w chaosie i beznadziei. Przenikanie się obrazu i filmu nie kończy się na kilku wspólnych kadrach, tym bardziej, że Alfonso Cuaron to nie reżyser, który w rachunku stawianych pytań i udzielanych odpowiedzi dąży do absolutnej równowagi. Nie dziwi zatem, że pojawiający się na ekranie obraz twórcy kubizmu, jest sporej wielkości kluczem do wniknięcia w głębszą materię filmu. Spójrzmy chociażby na wiodący temat i obrazu i filmu. Picasso portretując emocje, jakie towarzyszyły wieściom o zbombardowaniu baskijskiej Guernici, powiedział sporo o smutnym losie narodowych odszczepieńców. W post-apokaliptycznych „Ludzkich dzieciach” w tę formę wpasowywani są imigranci: zamykani w obozach, zwalczani i z całej siły wypychani poza nawias społeczeństwa (jakie to aktualne!).

Wyraźnych paralel między oboma dziełami jest zresztą więcej. Nie zapominajmy, że Cuaron w filmowej wersji powieści P.D. James mocno uwypuklił mesjańskie przesłanie książki. Między zawartą w obrazie impresją „Piety” Michała Anioła a główną bohaterką „Ludzkich dzieci” można zatem nakreślić prostą, interpretacyjną linię. Sceptykom wobec takiego skojarzenia polecam zwrócenie uwagi na zbieżną drogę obu kobiet. Podobnie do biblijnej matki Jezusa, tak i tu czarnoskóra Kee zmuszona jest nieustannie uciekać przed władzą i chaosem. W swoich rękach niesie przyszłego Zbawiciela – w filmie pierwsze dziecko urodzone od dziesięcioleci. Co więcej, towarzyszy im dobroduszny opiekun, który jednakże nie jest rodzonym ojcem nadziei ludzkości…

AMELIA” – AUGUSTE RENOIR „ŚNIADANIE WIOŚLARZY”

Dwadzieścia lat i tyleż samo kopii słynnego dzieła francuskiego impresjonisty. Jeżeli kości pękają przy najmniejszym wysiłku, to faktycznie ślęczenie nad płótnem z pędzlem w ręku wydaje się być jedną z niewielu dostępnych rozrywek. Gorzej, jeżeli oznacza to życie w samotności wokół tych samych postaci z obrazu, które jednocześnie wypełniają przestrzeń przeznaczoną dla bliskich przyjaciół.

Umieszczenie dzieła Renoira w przepięknym filmie Jean-Pierre Jeuneta pełni rolę zamaszystej metafory. „Człowiek ze szkła”, malujący mozolnie kopie obrazu, w odtwarzaniu dzieła najbardziej trudzi się przy postaci „Kobiety ze szklanką”. Ta w obrazie jest „po środku a jednak jakby nieobecna”, co oczywiście bezpośrednio odnosi się do protagonistki filmu. Tak gorliwie zajętej naprawianiem życia innych, że nie ma czasu pozbierać do kupy własnego. Lustrzane odbicie postaci kobiety i samej Amelii działa tu trochę na zasadzie psychologicznej projekcji. Bohaterka rozmawia z malarzem o domniemanych przeżyciach i emocjach kobiety z obrazu, choć w rzeczywistości opisuje siebie. Bowiem jedynie przekładając na kogoś innego własne obawy i uczucia, jest w stanie się z nimi prawdziwie zmierzyć.

„BATMAN” – FRANCIS BACON „FIGURE WITH MEAT”

Dzieło Francisa Bacona na filmowym ekranie ma szczęście w nieszczęściu. Pojawia się bowiem w scenie wprawiającej w ból każdego wielbiciela sztuki. W fikcyjnym muzeum Flugenheima, Joker ze świtą dokonują rzezi, niszcząc po kolei wszystkie eksponaty. Ich szaleństwo zatrzymuje się dopiero na obrazie Bacona, bo jak klaun sam przyznaje – „ten nawet mu się podoba”. Dlaczego? Po pierwsze – mówimy tu o filmie Tima Burtona, co już samo w sobie stanowi odpowiednią rekomendację miejsca, gdzie mroczna twórczość zawsze znajdzie dla siebie przyjazne otoczenie. Po drugie – nawet psychopatyczny umysł Jokera nie jest wolny od artystycznego, choć pokręconego gustu. „Figure with Meat” pasuje jak ulał do złożonej z odcieni ciemności duszy gothamskiego łotra. Obraz to jedna z wielu impresji malarza na temat „Portretu Papieża Innocentego III” pędzla Diego Velasqueza. Co ciekawe, Bacon nigdy nie widział oryginału dzieła. Nawet mając ku temu okazję, unikał zetknięcia się z obrazem hiszpańskiego portrecisty. Nie powstrzymało go to jednak przed stworzeniem jego ponad czterdziestu wersji.

Proces twórczy artysty miał w tym przypadku zdecydowanie coś z niekontrolowanego szaleństwa. Malarz swoje impresje rozpoczynał nie wiedząc, jaki planuje osiągnąć finalny efekt. W omawianej wersji skończyło się na krzyczącym z przerażenia Papieżu o twarzy białej jak papier, w towarzystwie dwóch pokaźnych sztuk krwistego, surowego mięsa (Bacon w dzieciństwie fascynował się sklepami rzeźników). Dodatkowo układających się tak, by z ciemnego tła stworzył się swoisty krucyfiks. Brzmi niepokojąco i przygnębiająco? Być może. Jednak dla tak ekstrawaganckiej postaci jak Joker, nakreślony widok to niemalże jak obrazki ze spokojnego, długiego snu. A już na pewno scenerii, gdzie Diabeł mógłby zatańczyć w blasku księżyca.

TO JUŻ JEST KONIEC” – JAMES FRANCO „TYTUŁ NIEZNANY”

Nie od dziś wiadomo, że James Franco chciałby uchodzić za współczesnego człowieka renesansu. Reżyseruje, gra w filmach, pisze wiersze, zasypia w trakcie wykładów na prestiżowym UCLA. Coraz silniej do głosu dochodzi u niego malarska dusza, bo James śmiało chwyta także za pędzel. Maluje portrety, abstrakcje i murale. Jak na razie bez większych sukcesów, aczkolwiek to można wybaczyć, skoro zdarza mu się tworzyć w szczytnym celu (swego czasu malował portrety w zamian za datek na akcje charytatywną). Na szczęście w filmie swojego przyjaciela, Setha Rogena – „To już jest koniec” – z dystansem odnosi się do swojego wybujałego artystycznego procederu. Wszak wielkie malowidła, przedstawiające wyłącznie imiona i nazwiska, trudno uznać nawet za bardzo awangardową sztukę…